Twoja wymarzona torebka Chanel, która właśnie się „wyprzedała” w butiku? Istnieje spora szansa, że w tym samym czasie identyczny egzemplarz jechał windą towarową na piąte piętro magazynu w Hongkongu, prosto pod nóż niszczarki. Brzmi jak teoria spiskowa? To fakty ujawnione w sądzie.
Skradli 724 przedmioty, które i tak miały trafić do niszczarki#
Sprawa, która od miesięcy elektryzuje branżę modową, dotyczy czwórki byłych pracowników butiku Chanel w Hongkongu. Prokuratura oskarżyła ich o zmowę w celu kradzieży ponad 700 luksusowych produktów, głównie torebek i portfeli, które firma i tak przeznaczyła do zniszczenia.

Najbardziej absurdalny szczegół? Sąd ustalił, że Chanel nie poniosło żadnej straty finansowej, ponieważ skradzione przedmioty odzyskano tego samego dnia i… zniszczono zgodnie z pierwotnym planem. Cztery osoby usłyszały wyroki od czterech do siedmiu lat więzienia za coś, co i tak miało zostać zutylizowane.
Jak działał ten proceder od kuchni?#
Z zeznań świadków wyłania się obraz istnej logistycznej maszyny do niszczenia luksusu.
Najpierw podejrzenia wzbudziły nadgodziny. Menedżerowie zauważyli, że pracownicy regularnie zostają po godzinach, co sugerowało przekierowywanie towarów na bok. Nagrania z kamer zarejestrowały pracowników pakujących towary do kartonów i ukrywających je na 23. piętrze magazynu.
Wpadka na gorącym uczynku — sprawców zatrzymano w styczniu 2017 roku, gdy za pomocą wózków paletowych ładowali 33 kartony do furgonetki dostawczej na podziemnym parkingu.
Wśród skradzionych (i ostatecznie zniszczonych) przedmiotów było ponad 600 torebek i 123 portfele o łącznej wartości ok. 19 milionów dolarów hongkońskich (ok. 2,4 mln dolarów amerykańskich).

20 tysięcy produktów co sześć miesięcy. To nie pomyłka#
To, co wyszło na jaw przy okazji procesu, jest znacznie bardziej szokujące niż sama kradzież. Według zeznań złożonych w sądzie, hongkoński oddział Chanel niszczył od 10 do 20 tysięcy nieaktualnych produktów co pół roku.
Proces wyglądał niemal biurokratycznie: menedżerowie weryfikowali stan magazynowy, inspektorzy potwierdzali towary, a następnie trafiały one windą towarową z 23. na 5. piętro budynku, prosto do zakładu niszczenia.
Po co niszczyć coś, co można sprzedać choćby po obniżonej cenie? Odpowiedź leży w logice luksusu: marki premium od lat celowo utylizują niesprzedane produkty zamiast wypuszczać je na rynek wtórny po niższych cenach, żeby chronić ekskluzywność i nie dopuścić do „rozwodnienia” prestiżu marki tanimi okazjami z outletu czy second handu.
Sama firma Chanel, komentując wyrok, zastrzegła, że ujawnione liczby nie odzwierciedlają obecnych, globalnych praktyk firmy. Marka twierdzi, że od 2019 roku produkty, których nie można już sprzedać, w tym zapasy magazynowe, niesprzedane lub wadliwe egzemplarze, trafiają do L’Atelier des Matières, inicjatywy zajmującej się recyklingiem i włączaniem ich z powrotem do obiegu.
Chanel nie jest wyjątkiem. To był (prawie) cały przemysł#
Sprawa hongkońska nie jest odosobniona. To raczej rozdział znanej już historii:
Burberry (2018) — brytyjski dom mody ujawnił zniszczenie towarów wartych ok. 38 milionów dolarów. Po fali krytyki publicznie zakończył tę praktykę i zobowiązał się do recyklingu.
Coach (2021) — nagranie z TikToka pokazujące pracowników rozcinających torebki na kawałki wywołało burzę w sieci. Firma zaprzestała niszczenia i uruchomiła program napraw oraz odsprzedaży (Re)Loved.
H&M, Zara, Nike i inni — praktyka niszczenia zapasów nie ogranicza się do domów mody z górnej półki. Wiele masowych marek również wdrożyło ją w przeszłości, zanim uruchomiły programy odsprzedaży, napraw i recyklingu.
Koniec pewnej epoki: od lipca 2026 to już nielegalne#
Tu robi się naprawdę ciekawie z punktu widzenia konsumenta. Od 19 lipca 2026 roku w Unii Europejskiej obowiązuje zakaz niszczenia niesprzedanej odzieży, akcesoriów i obuwia, wynikający z unijnego rozporządzenia w sprawie ekoprojektowania dla zrównoważonych produktów. Przepis obejmuje na razie duże firmy (250+ pracowników i ponad 50 mln euro obrotu) — średnie przedsiębiorstwa dołączą dopiero w 2030 roku, a mikro i małe firmy są całkowicie zwolnione.
Skala problemu, którą ujawniają unijne dane, robi wrażenie: w samej Europie niszczy się rocznie od 264 do nawet 600 tysięcy ton niesprzedanej odzieży. To od 4 do 9% wszystkich tekstyliów trafiających na rynek. Odpowiada to milionom ton emisji CO2, które powstają zupełnie niepotrzebnie.
Od teraz firmy będą musiały wybierać: odsprzedaż, darowizna, naprawa albo recykling. Wyjątki wciąż obejmują towary niebezpieczne, uszkodzone czy podróbki. A łamanie zakazu to już nie tylko wizerunkowa wpadka, ale realne naruszenie prawa.
Co to oznacza dla konsumenta?#
Następnym razem, gdy usłyszysz w butiku „przykro mi, ten model już się wyprzedał”, warto zadać sobie pytanie, co faktycznie dzieje się z niesprzedanymi zapasami danej marki. Proces w Hongkongu, mimo że dotyczy zdarzeń sprzed niemal dekady, pokazuje, że kultura sztucznego niedoboru w luksusowej modzie była i częściowo wciąż jest, czymś więcej niż miejską legendą.
Dobra wiadomość jest taka, że presja regulacyjna, opinia publiczna i głośne afery, od Burberry po Coach, realnie zmieniają zasady gry. Zła? Zmiana dotyczy na razie głównie Europy, a globalne praktyki wielkich domów mody wciąż w dużej mierze opierają się na dobrowolnych deklaracjach.


