Po sukcesie Mai Chwalińskiej, polski internet żył opowieścią o tym, że po finale Rolanda Garrosa, zawodniczka nie odebrała telefonu od prezydenta. Brzmiało to jak gotowy skandal: młoda tenisistka, triumfalny wynik, a w tle rzekomo zignorowana głowa państwa. Problem w tym, że cała historia powstała z jednego zdania, które Chwalińska wypowiedziała na konferencji prasowej. Część mediów same stworzyły typową medialną plotkę. Sugerowano, że Chwalińska zignorowała telefon od samego prezydenta.
To tylko pokazuje rzetelność pewnych mediów w Polsce, a może nawet celową dezinformację. Wszak było zupełnie inaczej.

W rzeczywistości tenisistka powiedziała tylko tyle, że nie odbiera nieznanych numerów. To jej stała zasada, o której mówi od lat. W ferworze emocji po finale Rolanda Garrosa przyznała, że wśród nieodebranych połączeń „mógł być prezydent”, bo przecież nie ma jego numeru w telefonie. To była zwykła, ludzka anegdota, a nie informacja o tym, że prezydent próbował się z nią skontaktować. Tym tokiem myślenia, młoda tenisistka „nie odebrała telefonu” nawet od samego angielskiego króla czy papieża. Cóż, każdy z nas, na co dzień „nie odbiera telefonu” od światowych prezydentów.
Internet jednak zrobił swoje. W sieci zaczęły pojawiać się nagłówki o „zignorowaniu głowy państwa”, choć nikt, ani Kancelaria Prezydenta, ani sama Chwalińska, nie potwierdził, że jakiekolwiek połączenie od prezydenta w ogóle miało miejsce. Jedynym oficjalnym gestem ze strony pary prezydenckiej były publiczne gratulacje Pierwszej Damy Marty Nawrockiej, która napisała na platformie X, że cała Polska jest z Mai dumna.
Cała sytuacja pokazuje, jak łatwo jedno zdanie może przerodzić się w internetową historię, która żyje własnym życiem. Chwalińska nie zrobiła nic kontrowersyjnego. Ona po prostu zachowała się jak większość z nas. Ma 24 lata, właśnie przeżyła największy turniej w swojej karierze, a telefon, jak twierdzi odbiera tylko od: mamy, taty i trenera. Nic dziwnego, że nie odbiera połączeń z nieznanych numerów, zwłaszcza w czasach, gdy spam telefoniczny potrafi doprowadzić do szału każdego.

Jeśli prezydent rzeczywiście chciałby zadzwonić, ma do dyspozycji oficjalne kanały kontaktu: przez trenera zawodniczki, Polski Związek Tenisowy czy menedżera. W takich sytuacjach nikt nie liczy na to, że sportowiec odbierze telefon z nieznanego numeru w środku turniejowego chaosu.
Najważniejsze jest jednak to, co wydarzyło się na korcie. Maja Chwalińska przeszła przez turniej Rolanda Garrosa jak burza — od kwalifikacji aż do wielkiego finału, stając się czwartą Polką w historii, która zagrała o tytuł wielkoszlemowy. Wróciła do kraju jako bohaterka narodowa, witana przez tłumy kibiców i dźwięk „Pszczółki Mai”.


