„Mamy piękną, bardzo dobrą kawę z żołędzi w Polsce” – przekonywał minister rolnictwa Stefan Krajewski, komentując możliwość wzrostu cen kawy w związku z planowanymi zmianami unijnych przepisów. Wypowiedź polityka szybko stała się przedmiotem kpin. I trudno się dziwić. Problem nie polega bowiem na tym, czy Polacy wypijają „hektolitry” kawy, lecz na tym, że minister zamiast rzeczowo wyjaśnić możliwe konsekwencje zmian, sięgnął po żołędzie.
Krajewski sprowadził poważną dyskusję o cenach żywności do żartobliwej rady, by pić kawę z żołędzi. Tymczasem kawa jest produktem importowanym i nie da się jej po prostu zastąpić krajową produkcją kawowca. Oczywiście można pić napar z żołędzi, ale nie jest on odpowiednikiem kawy zawierającej kofeinę.
Co więcej, liczba 332 proc. nie została wyssana z palca. Pojawia się w oficjalnej analizie JRC.
Minister Krajewski zamiast powiedzieć wprost: 332 proc. to wariant skrajny, bardziej prawdopodobne skutki mogą być zdecydowanie mniejsze, ale nowe regulacje potencjalnie oznaczają presję na wzrost cen, postanowił zbagatelizować sprawę i posunąć się do stwierdzenia, że Polacy w sumie to aż tak dużo kawy nie piją.
To niefortunny sposób komunikowania sprawy, szczególnie ze strony ministra odpowiedzialnego za rolnictwo i bezpieczeństwo rynku żywności.
Konsument nie potrzebuje wykładu o tym, ile kawy wypija. Potrzebuje informacji, czy planowane regulacje podniosą ceny, dlaczego mogą to zrobić i co rząd zamierza w tej sprawie.

