Sep 3, 2026 7:30 AM

Jeszcze miesiąc temu nikt nie odwróciłby za nim głowy. Dziś jego nazwisko wpisuje w wyszukiwarkę pół kraju i nie bez powodu. Bo Maciej Berek, urzędnik, który latami po cichu budował swoją pozycję w najbliższym otoczeniu Donalda Tuska, właśnie wychodzi zza jego pleców, żeby zasiąść w fotelu, który z definicji ma być niezależny od polityków. Trudno o bardziej wymowny przykład tego, jak Koalicja 13 grudnia traktuje instytucje, które miały ją kontrolować.

Kim jest człowiek, którego nazywają „nadpremierem”?

Maciej Berek ma 54 lata i podobnie jak Donald Tusk, pochodzi z Gdańska. Tam też skończył studia prawnicze. Znajomość z Tuskiem sięga zamierzchłych czasów: poznali się w 1997 roku, gdy razem pracowali w Kancelarii Senatu nad ustawami o samorządzie terytorialnym. Od tego czasu Berek jak cień, towarzyszy Tuskowi na każdym kroku kariery, a teraz ma zostać nagrodzony za tę wierność stanowiskiem, które powinno stać ponad podziałami partyjnymi.

Przez lata był twarzą, której nikt nie kojarzył z pierwszych stron gazet, a jednocześnie człowiekiem, bez którego, jak sami przyznają politycy koalicji, w rządzie niewiele się dzieje. To on odpowiadał za to, by każda ustawa i każde rozporządzenie trafiające na biurko premiera było dopięte na ostatni guzik, czyli za całą legislacyjną machinę obozu rządzącego. Za tę rolę zyskał w kuluarach dwa przydomki, które mówią same za siebie: „wiceTusk” i „nadpremier”.

Porażka w karierze? Wybory

Ciekawostka, o której koalicja wolałaby zapewne nie przypominać: Berek raz w życiu próbował swoich sił w polityce bezpośrednio. W 2005 roku startował do Sejmu z list Platformy Obywatelskiej. Bez powodzenia. Wyborcy go wtedy nie chcieli. Od tamtej pory zamiast zdobywać mandaty w uczciwej rywalizacji, wolał pozostawać po drugiej stronie procesu legislacyjnego, jako człowiek, który przygotowuje ustawy dla innych.

Od 2007 roku kierował Rządowym Centrum Legislacji, później przez lata pełnił funkcję sekretarza Rady Ministrów, a w rządzie Donalda Tuska od 2023 roku był ministrem odpowiedzialnym za nadzór nad wdrażaniem polityki rządu. Do tego wykłada na Uniwersytecie Warszawskim i ma na koncie doktorat z prawa konstytucyjnego. Nikt nie odmawia mu kompetencji prawniczych. Problem leży gdzie indziej.

W czym haczyk?

Sedno sprawy jest proste, choć koalicja stara się je zamazać: Trybunał Konstytucyjny z definicji ma być niezawisły. Tymczasem kandydatem na sędziego zostaje człowiek, który przez blisko trzy dekady był uosobieniem jednej partii i na tyle blisko Donalda Tuska, że trudno o bardziej oczywisty przykład osobistej zależności. Krytycy nominacji pytają wprost, i słusznie: jak „prawa ręka” premiera, jego cień i najbliższy współpracownik od 1997 roku, ma z dnia na dzień stać się bezstronnym sędzią, oceniającym decyzje tego samego rządu, który sam współtworzył?

W sondażu dla „Rzeczpospolitej” niemal 60 procent Polaków, i to niezależnie od sympatii partyjnych, przyznało, że taki wybór budzi poważne wątpliwości. Czyli nawet elektorat koalicji rządzącej nie kupuje tej nominacji.

Obrońcy kandydatury odpowiadają, że liczą się kompetencje prawnicze, a nie bliskość z premierem. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że to wygodna wymówka dla obsadzenia Trybunału swoim człowiekiem, dokładnie to, co koalicja rządząca zarzucała wcześniej Zjednoczonej Prawicy. Sam Berek zapowiedział, że na wszystkie pytania odpowie osobiście podczas dzisiejszego posiedzenia komisji sprawiedliwości.

Co dalej?

Dziś, 3 września, jego kandydaturą zajmuje się sejmowa komisja sprawiedliwości. Ostateczna decyzja zapadnie w piątek podczas głosowania w Sejmie, gdzie koalicja ma liczebną przewagę.

Comments
anonymous profile image
Powered by RoundtableBuilt on infrastructure designed for real-time media. Learn more at RTB.io.© Roundtable 2026. By using this site you agree to the Terms of Use and Privacy Policy