Luksusowa delegacja, spotkanie z sekretarzem ONZ i zdjęcia jak z kampanii wyborczej. Ale zamiast owacji — fala drwin. Internauci nie mają litości dla Szymona Hołowni, który ich zdaniem pojechał do Nowego Jorku nie po pokój na świecie, a po nową fuchę. „To była rozmowa kwalifikacyjna za nasze pieniądze?” — pytają bez ogródek.
Zanim Marszałek zdążył wrócić do kraju, użytkownicy portalu X już rozłożyli jego wizytę na czynniki pierwsze. Dociekliwi komentatorzy nie tylko dopytują, czy to była rozmowa kwalifikacyjna, ale też sondują, ile kosztowała ta „wycieczka” i czy przypadkiem nie była sponsorowana z naszych kieszeni. A że polski internet nie zna litości — to się zaczęło...
Delegacja czy casting?#
Oficjalnie: spotkanie z Antónim Guterresem, rozmowy o reformie ONZ i roli parlamentów w procesach pokojowych. Nieoficjalnie: Hołownia aplikuje na stanowisko Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców — prestiżową funkcję z siedzibą w Genewie, pensją rzędu 170 tys. dolarów rocznie i dyplomatycznym paszportem w pakiecie. Internauci nie czekali długo z reakcją.
„Dostał tę robotę, czy na darmo wy*ebaliśmy monetę na tę wycieczkę?”
— pyta @NowaEda.

„Pojechał na rozmowę kwalifikacyjną za publiczne pieniądze? To ch*j bezczelny”
— dorzuca @Babies.
A @Tiger1200Rex ironizuje:
„Ale was w tej Polsce dym*ją na kasę. Z każdej strony i wszyscy w około nawet ukry”.
Kto za to płaci?#
W sieci wrze. Użytkownicy portalu X nie tylko kwestionują cel wizyty, ale też jej koszt. Padają pytania o budżet, transparentność i zasadność wyjazdu.

Polityczny puenta i cięta riposta#
Na krajowym podwórku Hołownia też nie milczy. Podczas ostatniego posiedzenia Sejmu zaserwował Donaldowi Tuskowi zdanie, które przeszło do historii:
„Wręcz przeciwnie? Czyli odniosłem mylne wrażenie? Przepraszam, najwyższy czas już odejść w niesławie.”
Czy to pożegnanie z polską polityką i początek nowego rozdziału w Genewie? A może tylko dobrze skrojona kampania wizerunkowa? Jedno jest pewne — Marszałek nie znika po cichu.


