Podczas obchodów Dnia Konstytucji Norwegii księżna Mette‑Marit pojawiła się u boku rodziny królewskiej w tradycyjnym stroju, z uśmiechem, ale wyraźnie osłabiona. Na zdjęciach widać, że korzystała z kaniuli tlenowej, ponieważ jej płuca nie radzą już sobie same.
Księżna od lat zmaga się z idiopatycznym włóknieniem płuc, chorobą, która powoli odbiera oddech. Pałac potwierdził, że Mette‑Marit czeka na przeszczep, a jej stan wymaga stałego wsparcia tlenowego. Mimo to wyszła do ludzi.

To najbardziej poruszyło opinię publiczną. Nie choroba, tylko to, że mimo bólu i zmęczenia nie zrezygnowała z bycia częścią narodowego święta. Zwłaszcza, że ostatnio nie miała dobrego czasu.
Ostatnie miesiące były dla niej wyjątkowo trudne#
Choroba to jedno. Ale Mette‑Marit mierzy się też z czymś, czego żadna matka nie chciałaby przeżywać publicznie.
W ostatnich miesiącach norweskie media żyły sprawą jej syna, Mariusza Borg Høiby, który znów trafił na nagłówki, tym razem w kontekście problemów osobistych i finansowych. Jego wybory od lat są dla księżnej źródłem stresu, bo choć Mariusz nie pełni oficjalnych funkcji, to i tak każde jego potknięcie odbija się na rodzinie królewskiej.

Do tego wrócił temat, który Mette‑Marit próbowała zamknąć lata temu: jej dawne kontakty z Jeffreyem Epsteinem. Księżna przeprosiła publicznie, przyznała, że nie znała skali jego przestępstw i że żałuje spotkań, do których doszło. Ale sprawa wraca jak bumerang, zwłaszcza gdy jej zdrowie słabnie, a media szukają „pełniejszego obrazu”.
To wszystko sprawia, że jej pojawienie się na paradzie było czymś więcej niż tylko obowiązkiem. To był gest siły, pokazanie, że mimo choroby i rodzinnych zawirowań wciąż stoi na nogach.


