Kiedy widzowie wspominają Pawła Wawrzeckiego, w głowie zwykle odtwarza się jedno z dwóch nazwisk: Buła Bułkowski albo doktor Roman Kidler. Aktor, który przez dekady rozśmieszał Polskę w „Złotopolskich”, „Graczykowie” czy „Daleko od noszy”, na ekranie zawsze wydawał się pogodny, lekko zagubiony, ciepły. Mało kto zdawał sobie sprawę, że za tym uśmiechem stoi człowiek, którego życie kilka razy potrafiło wywrócić do góry nogami.
Cień, który ciągnął się przez całe życie#
Paweł Wawrzecki miał piętnaście lat, gdy jego ojciec, Stanisław Wawrzecki, dyrektor warszawskiego handlu mięsem, został powieszony w więzieniu na Mokotowie. Był głównym oskarżonym w tzw. „aferze mięsnej” — głośnym procesie gospodarczym PRL, w którym propagandowa prasa robiła z obwinionych przykład dla całego kraju. Wyrok wykonano 19 marca 1965 roku. To był jedyny przypadek kary śmierci za przestępstwo gospodarcze wykonanej w Polsce po 1956 roku. Po latach Sąd Najwyższy uznał, że kara była niewspółmierna do winy, ale tej rehabilitacji ojciec już nie dożył.

Wawrzecki w wywiadach wracał do tamtego czasu z ostrożnością, ale bez wypierania. Wspominał, że ojciec do końca wierzył w ułaskawienie, że ktoś mu coś obiecał, a obietnicy nie spełnił. Mówił, że rodzina długo nie miała dostępu do akt procesu, bo te miały spłonąć w „tajemniczym pożarze” w sądzie. Dla piętnastoletniego chłopca to było doświadczenie, które nie kończy się z chwilą pogrzebu. Ono się przepracowuje całe życie.
Miłość, choroba i samotne ojcostwo#
Z Barbarą Winiarską, aktorką, poznał się na studiach w warszawskiej PWST. Pobrali się, urodziła im się długo wyczekiwana córka, Ania przyszła na świat z dziewięciopunktową oceną w skali Apgar, więc nic nie wskazywało na problemy. Diagnoza spadła na nich kilka miesięcy później: mózgowe porażenie dziecięce, do końca życia.
To jeden z tych momentów, które albo rozbijają związek, albo go przebudowują. U Wawrzeckich było i tak, i tak. Barbara zrezygnowała z kariery, żeby zająć się córką, on pracował na utrzymanie rodziny, psychologowie ostrzegali ich od początku, że „chore dziecko to chory związek”. Para przeszła przez kryzys, przez rozstania emocjonalne, mimo że formalnie zostali razem, dla dobra Ani, jak mówił, żeby dać córce poczucie bezpieczeństwa.
We wrześniu 2002 roku, podczas wakacji w Kołobrzegu, Barbara nagle straciła przytomność. Tętniak mózgu. Zmarła trzy tygodnie później. Wawrzecki, który, jak sam przyznawał, przez całe małżeństwo „nie był wprowadzony w drobiazgi dnia codziennego”, musiał z dnia na dzień nauczyć się wszystkiego, co dotyczyło opieki nad córką: planowania, terapii, najmniejszych detali. Sam, w wieku, w którym inni dopiero układają sobie życie na nowo.
Ania — środek świata#
Anna Wawrzecka ma dziś ponad czterdzieści lat i nadal wymaga stałej opieki — nigdy nie będzie samodzielna, ale skończyła szkołę, czyta, pisze, korzysta z komputera. Ojciec mówi o niej z czystym podziwem: że ludzie, którzy ją poznają, bywają zaskoczeni jej zdolnością kojarzenia, że uwielbia muzykę klasyczną, zwłaszcza Chopina, że ta pasja, jak sam zauważa, jest po dziadku, profesorze medycyny, który grał na fortepianie.
Wawrzecki nigdy nie ukrywał, że to kosztowało go karierę i prywatne życie. Przez lata słowo “kompromis” w jego ustach znaczyło: rezygnację z siebie na rzecz córki. Dopiero kiedy poznał mieszkającą w Chicago Izabelę Roma, kobietę, która od razu zainteresowała się Anią i zaproponowała pomoc w opiece nad nią, pozwolił sobie znowu zawalczyć o własne szczęście. Pobrali się w 2009 roku. Dziś dzieli czas między Polskę i Stany, choć to coraz trudniejsze logistycznie, bo oboje są coraz starsi, a wielogodzinne loty męczą.
Pytany, czego się boi najbardziej, odpowiada bez owijania w bawełnę: że to on odejdzie pierwszy, a Ania zostanie sama z bólem i bez kogoś, do kogo była przyzwyczajona całe życie.
„Wolałbym, żeby była inna kolejność”
— powiedział kiedyś, cytując słowa, które przed laty mawiała jeszcze Barbara.
Nieszczęścia, które hartują#
Trudno o lepszy przykład człowieka, którego życie testowało w kilku rundach — śmierć ojca w dramatycznych, niezasłużonych okolicznościach, choroba dziecka, nagła śmierć żony, samotne ojcostwo w wieku, gdy większość mężczyzn ma już ułożone życie. Wawrzecki nigdy nie budował z tego patetycznej narracji o cierpieniu. W wywiadach mówi raczej o przystosowaniu się o tym, że nieszczęście, które się nie kończy, w pewnym momencie trzeba zamienić w codzienny obowiązek, a obowiązek w coś, co daje sens.
To, co uderza w jego historii, to nie tyle skala nieszczęść, ile to, jak mało miejsca w jego opowieściach zajmuje żal do świata. Mówi o ojcu z czułością, nie z gniewem. O żonie z bliskością, mimo że ich małżeństwo było dalekie od podręcznikowego. O córce z czystą radością, że w ogóle jest, że ma swoje pasje, że potrafi go kochać najbardziej na świecie, jak sam to ujmuje.

Dziś — między dwoma światami#
Na ekranie Wawrzecki wciąż gra, choć coraz rzadziej w głównych rolach, ostatnio można go było zobaczyć w „Teściowych” i „Kowalskich kontra Kowalskich”. Sporą część roku spędza w Stanach z żoną, sporą, w Polsce, blisko Ani, której od kilku lat oswaja z myślą o ewentualnej przeprowadzce do Ameryki. W Polsce mieszka na warszawskim Boernerowie, jednym z tych nielicznych zakątków stolicy, gdzie czas zdaje się iść trochę wolniej: drewniane domki z lat trzydziestych, cisza, las tuż za płotem. Sąsiedzi mówią o nim jak o kimś, kogo się po prostu mija na ulicy bez fanfar, bez gwiazdorstwa, czasem spotka w osiedlowym sklepie. Czasem przejedzie swoim klasycznym już Mercedesem, pomacha z uśmiechem do sąsiadów.
To może najbardziej mówiące podsumowanie tej historii: człowiek, którego życie kilka razy spróbowało złamać, wybrał w końcu adres, gdzie nikt nie musi udowadniać niczego nikomu. Gdzie liczy się to, co naprawdę ważne, żeby było bezpiecznie, spokojnie i żeby było blisko tych, którzy tej bliskości najbardziej potrzebują.


