Krzysztof Skiba opublikował w sieci długi, bardzo osobisty wpis skierowany do Skolima. Nie był to żart ani lekka zaczepka, a raczej coś w rodzaju surowej reprymendy, w której starszy muzyk próbuje pouczyć młodszego kolegę. A wszystko przez wcześniejsze słowa Skolima o artystach i ich przywilejach.
Skiba zaczął od historii wielkich twórców, którzy za życia nie mieli pieniędzy, a dziś są ikonami. Pisał o Mozarcie, Norwidzie, Van Goghu i Strzemińskim, ale szybko przeszedł do tonu, który trudno nazwać łagodnym.

W pewnym momencie padło zdanie, które najmocniej wybrzmiało:
„Za dwadzieścia lat nie będziesz już tak znany jak teraz, a Twoje biznesy mogą zbankrutować jak Palikota. Możesz też zachorować i przestać podobać się dziewczynom. Noga ci zgnije i nie będziesz już tak atrakcyjny.”
To nie była analiza branży. To była wizja przyszłości, którą Skiba malował z zaskakującą pewnością.
W innym fragmencie dodał:
„Nie warto mówić głupot i śmiać się z biedniejszych kolegów po fachu, bo fortuna kołem się toczy.”
Skiba tłumaczył też, jak trudno jest artystom, jak wielu z nich żyje skromnie, jak ciężko dostać się do szkół artystycznych i jak często twórcy są doceniani dopiero po śmierci. Wszystko to brzmiało jak wykład kogoś, kto pamięta zupełnie inne realia niż te, w których funkcjonuje dzisiejsza scena.

Skolim, w przeciwieństwie do Skiby, nie odpowiedział. Nie komentował, nie wchodził w dyskusję, nie próbował odbijać piłeczki. Jego wcześniejsze słowa dotyczyły systemu, nie konkretnych osób, i na tym poprzestał.
Cała sytuacja pokazuje raczej różnicę pokoleń niż prawdziwy konflikt.
Skiba mówi językiem artysty, który wierzy, że twórca powinien cierpieć, walczyć i liczyć na uznanie dopiero po latach.
Skolim reprezentuje świat, w którym artysta pracuje, zarabia i nie potrzebuje państwowych przywilejów, żeby czuć się pełnoprawnym twórcą.
I może właśnie dlatego te dwa głosy tak mocno się rozminęły.


