Pięćset metrów. Tyle dzieli warszawski Ratusz od kamienicy przy alei „Solidarności” 93, w której Emilian Kamiński stworzył jeden z najbardziej rozpoznawalnych prywatnych teatrów w Polsce. Dziś, ponad dwa lata po jego śmierci, jego żona Justyna Sieńczyłło i syn Kajetan Kamiński walczą o to, by budynek i teatr, w ogóle przetrwały. I coraz głośniej pytają: dlaczego prezydent stolicy, mimo licznych apeli, wciąż nie podejmuje decyzji, która mogłaby to przesądzić?
Dziedzictwo, które może zniknąć#
Teatr Kamienica powstał w 2009 roku. Kamiński i Sieńczyłło własnymi środkami wyremontowali piwnice i zaadaptowali parter kamienicy, w której miasto stołeczne Warszawa jest większościowym współwłaścicielem i ma w budynku aż 78 proc. udziałów. Według dyrekcji teatru, na renowację i utrzymanie substancji zabytkowej wydano tam blisko 16 milionów złotych własnych pieniędzy.

Mimo to instytucja od lat funkcjonuje w stanie permanentnej niepewności. Justyna Sieńczyłło mówi wprost o poczuciu bezsilności wobec mechanizmów, które mogą bezpowrotnie zniszczyć to miejsce. W wywiadach wspominała też o otrzymywanych pogróżkach i o tym, że przez lata sprawdzała hamulce w swoim samochodzie. Jej syn Kajetan przyznał, że od roku nosi kamizelkę kuloodporną, obawiając się o życie.
Strychy, piwnice i „drugie dno”#
To nie jest nowy konflikt, bo ciągnie się już 14 lat, a jego korzenie sięgają decyzji sprzed lat, gdy zarząd wspólnoty mieszkaniowej sprzedał strych kamienicy prywatnej spółce, licząc podobno na remonty, które nigdy nie zostały zrealizowane. Później padła propozycja sprzedaży również piwnicy, tej samej, w której mieści się foyer teatru, toalety i przejście między scenami. Teatr się nie zgodził, bo oddanie piwnicy oznaczałoby dla niego koniec działalności w tym miejscu.
Dyrekcja teatru twierdzi, że źródłem obecnych problemów są decyzje podjęte przed laty przez przedstawicieli miasta i ówczesny zarząd wspólnoty, w tym sprzedaż strychów biznesmenowi, który później sam wielokrotnie próbował eksmitować teatr z budynku. Dziś aż 30 z 46 lokali w kamienicy to niszczejące pustostany.
List, który miał przełamać impas#
W lipcu 2026 roku dyrekcja Teatru Kamienica opublikowała otwarty list do Rafała Trzaskowskiego. Napisano w nim, że mimo dekady prób nawiązania dialogu z prezydentem, kontakt pozostaje bezskuteczny, a szereg urzędniczych zaniedbań i nadużyć doprowadza zabytkowy obiekt do ostatecznej degradacji. Autorzy podkreślili, że to miasto, jako większościowy współwłaściciel, dysponuje wszelkimi narzędziami prawnymi i organizacyjnymi, by zadbać o stan budynku.
Wcześniej odbyła się już debata w Sejmowej Komisji ds. Kultury, wystąpienie na forum Rady Dzielnicy Śródmieście, a nawet „okrągły stół” z udziałem mieszkańców, aktywistów i polityków. Przedstawiciele władz miasta i dzielnicy na to spotkanie nie przyszli. Poseł Ewa Szymanowska nazwała ówczesną sytuację wprost „mafijnymi zagrywkami”, a Eryk Baczyński ze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze ocenił, że sposób gospodarowania tym terenem jest świadomym wyborem politycznym władz miasta.
Co na to ratusz?#
Tu obraz się komplikuje. Była już zastępczyni prezydenta Aldona Machnowska-Góra tłumaczyła, że miasto celowo nie staje po żadnej ze stron, ani teatru przeciwko mieszkańcom, ani mieszkańców przeciwko teatrowi, bo budynek jest jedną strukturą, o którą trzeba dbać wspólnie. Dzielnica Śródmieście argumentowała z kolei, że nie może sprzedać spornych lokali na rzecz teatru, bo to naruszałoby zasadę proporcjonalnego ponoszenia kosztów przez wszystkich współwłaścicieli, w tym starszych mieszkańców, których nie stać na duże dopłaty do remontu.

Dlaczego więc nic się nie dzieje?#
Rodzina Kamińskich nie ma wątpliwości, gdzie leży odpowiedzialność. Kajetan Kamiński twierdzi, że wszystko pozostaje dziś w rękach prezydenta i że nawet decyzja polityczna byłaby lepsza niż dalszy impas. Justyna Sieńczyłło podkreśla, że liczy na osobistą interwencję Trzaskowskiego, bo to on, jej zdaniem, jest jedyną osobą, która może „przeciąć węzeł gordyjski” tej sprawy.
Ratusz odpowiada, że sytuacja jest po prostu trudniejsza, niż się wydaje z zewnątrz: to spór wielostronny, w którym miasto jest jednym ze współwłaścicieli, a nie jedynym decydentem, a każda decyzja rodzi kosztowne konsekwencje dla wszystkich mieszkańców kamienicy. Czy to wystarczające wytłumaczenie dla 14 lat bezczynności wobec zabytku 500 metrów od Ratusza? To pytanie, na które każdy warszawiak musi dziś odpowiedzieć sobie sam.
Dopóki nie dojdzie do bezpośredniego spotkania Trzaskowskiego z dyrekcją teatru, sprawa pozostanie w martwym punkcie, a losy jednej z najbardziej rozpoznawalnych scen stolicy, w rękach urzędniczych procedur, sądowego zarządcy i coraz głośniejszej opinii publicznej.


