Emisja najnowszego odcinka „Kuchennych rewolucji” wywołała wśród widzów sporo komentarzy. Historia restauracji z Gliwic, do której zawitała Magda Gessler, szybko przeniosła się do internetu. Najwięcej emocji wzbudziła postawa właściciela lokalu, Konrada. Po fali nieprzychylnych komentarzy mężczyzna zdecydował się opowiedzieć o swoim udziale w programie z własnej perspektywy.
Nie ukrywa, że doświadczenie związane z produkcją pozostawiło po sobie spory niesmak. Konrad uważa, że widzowie poznali jedynie fragment całej historii, a niektóre sceny zostały przedstawione w sposób, który znacząco wpłynął na odbiór jego zachowania.
„Przykre jest to, jak bardzo rzeczywistość została wypaczona, przeinaczona, zmanipulowana”
— powiedział w rozmowie z „Gazetą Krakowską”.
Jego zdaniem problem nie ograniczał się wyłącznie do samej restauracji. W programie mocno wybrzmiał konflikt rodzinny, który miał wpływ na funkcjonowanie lokalu. Relacje między Konradem a jego ojcem były napięte, a właśnie ta sytuacja stała się jednym z najważniejszych elementów odcinka.
Magda Gessler próbowała znaleźć rozwiązanie, które pozwoliłoby uratować biznes. Ostatecznie jednak rewolucja nie potoczyła się zgodnie z planem. Restauratorka zdecydowała o zakończeniu swojej pracy, a dalsze losy lokalu zostały związane z ojcem Konrada.
Po emisji programu uczestnik musiał mierzyć się z komentarzami osób, które oceniały go wyłącznie na podstawie tego, co zobaczyły na ekranie. Konrad przekonuje, że telewizyjny obraz nie pokazuje pełnego kontekstu wydarzeń.
„Ktoś z TVN zdecydował, żeby tak to zrobić, pod publiczkę”
— stwierdził, sugerując, że twórcy programu postawili przede wszystkim na emocje i mocny przekaz.
Udział w „Kuchennych rewolucjach” miał być dla niego przede wszystkim próbą ratowania sytuacji finansowej. Restauracja zmagała się z problemami, a Konrad liczył, że dzięki programowi uda się zwiększyć zainteresowanie lokalem i poprawić jego kondycję.
Zamiast oczekiwanej pomocy otrzymał jednak ogromny rozgłos — niekoniecznie taki, na jaki liczył.


