Dawid Wildstein nie kryje oburzenia. Gdy zobaczył wpis księdza Kazimierza Sowy, ten, który duchowny później skasował, po prostu wybuchł. I trudno się dziwić, bo Sowa sprawę z atakiem na Sakiewicza próbował sprowadzić do rzekomego „wątku obyczajowego” z udziałem asystentki Tomasza Sakiewicza.
Wildstein uznał to za obrzydliwą próbę odwrócenia uwagi od tego, co naprawdę się wydarzyło. I napisał wprost:
„Otóż Kazimierz Sowa (...), rozkręca spin wobec prywatnej kobiety, kłamiąc I manipulując, kobiety, która ma męża i rodzinę, że została właściwie wyciągnięta z łóżka Sakiewicza”.
„Od wczoraj, w sposób zorganizowany, systematyczny, tak media, jak i farmy trolli tej władzy, robią z asystentki Sakiewicza prostyt#tkę. I tyle. Konsekwentnie, ewidentnie celowo, pokazując, że to zaplanowane. Kłamiąc, oszukując, sugerując, że wyciągano ją w nocy, z łóżka etc. Robią to prywatnej, niezwiązanej z polityką kobiecie. Która ma rodzinę. I robi to "ksiądz" Sowa.”
To nie były emocje na zimno. To była reakcja na to, że ksiądz nie tylko zaatakował kobietę, która nie ma nic wspólnego z całą sytuacją, ale przede wszystkim zakpił z wolności mediów, próbując przykryć sprawę, która powinna być wyjaśniona od A do Z.
Skasowany post Sowy? Za późno. W internecie nic nie ginie#
Choć duchowny usunął swój wpis, zrzuty ekranu zaczęły krążyć natychmiast. Widać w nich wyraźnie, że próbował skierować uwagę opinii publicznej na „aferkę”, która miała przykryć coś znacznie poważniejszego.

Wildstein nazwał to po imieniu: manipulacja.
I to taka, która uderza w osoby postronne, a jednocześnie rozmywa temat, który powinien być na pierwszym planie.
A prawdziwy problem? Policja w domu Sakiewicza po zgłoszeniu… ze Śląska#
To właśnie ten wątek wywołał największe poruszenie.
Według relacji dziennikarzy Republiki:
• policja pojawiła się w domu Tomasza Sakiewicza w Warszawie,
• interwencja była natychmiastowa, jak przy sytuacjach nagłych,
• a zgłoszenie, które ją wywołało, miało zostać wysłane z województwa śląskiego.
Nie z Warszawy, nie od sąsiadów, nie od nikogo z otoczenia dziennikarza.
To właśnie to budzi najpoważniejsze pytania. Kto wysłał zgłoszenie? Dlaczego z tak daleka? Czy policja wiedziała, że może chodzić o próbę nękania? I dlaczego funkcjonariusze pojawili się natychmiast, mimo że zgłoszenie nie pochodziło z miejsca zdarzenia?
To są kwestie, które wymagają wyjaśnienia — a nie żadne „sensacyjki” o asystentce.

Próba przykrycia sprawy? Wildstein mówi o tym wprost#
Według Wildsteina cała akcja z wpisem Sowy to klasyczny zabieg: kiedy pojawia się niewygodny temat, trzeba szybko wrzucić coś, co wywoła emocje i odciągnie uwagę. Tym „czymś” miała być asystentka Sakiewicza. A tym, co miało zniknąć z pola widzenia — policyjna interwencja po zgłoszeniu ze Śląska i pytanie, kto za tym stoi?

Wildstein napisał, że takie działania są nie tylko nieuczciwe, ale też niebezpieczne, bo uderzają w ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z całą sytuacją, a jednocześnie rozmywają temat, który powinien być wyjaśniony do końca.
Nie ma tu żadnej „afery obyczajowej”. Nie ma skandalu, który próbował zasugerować Sowa. Jest za to poważne pytanie o to, kto i dlaczego wysłał policję do domu dziennikarza, i dlaczego zgłoszenie pochodziło z innego województwa.
Wildstein zareagował ostro, bo według niego, ktoś próbuje zrobić z opinii publicznej widza w teatrze zastępczych tematów.
A on postanowił to przerwać.


