Sprawa Michała Rachonia wchodzi na nowy poziom absurdu. Po tym, jak policja skierowała do sądu wniosek o ukaranie dziennikarza za… bieganie za policją i korzystanie z telefonu na jezdni, głos zabrał mecenas Artur Wdowczyk. Jego reakcja mówi wszystko: „To jest kuriozum. Przez 27 lat praktyki nie widziałem takiego pisma”.
Po tym, jak Komenda Stołeczna Policji wysłała do sądu wniosek o ukaranie Michała Rachonia za wejście na jezdnię i korzystanie z telefonu podczas przechodzenia przez ulicę, do sprawy odniósł się jego adwokat, mecenas Artur Wdowczyk. I nie przebierał w słowach.
Czytając to wezwanie, dowiedziałem się właśnie, czym zajmuje się policja w Warszawie. Jeżeli funkcjonariusze będą się zajmowali wszystkimi, którzy weszli na drogę, to... A tak na poważnie. Przez 20 lat jestem adwokatem, łącznie już 27 lat doświadczenia i takiego wezwania jeszcze nie widziałem. To kuriozum
- zauważa mec. Wdowczyk. I dodaje:
Żyjemy w jakiejś nowej rzeczywistości. Czytając to pismo, próbowałem wymyśleć, co możemy odpisać, ale jestem tak zaskoczony, że aż zaniemówiłem, a to nieczęsto mi się zdarza. Wkraczamy najwyraźniej do nowej epoki.
Według Policji Rachoń miał naruszyć przepisy ruchu drogowego, bo:
- wszedł na jezdnię, choć obok był chodnik,
- korzystał z telefonu podczas przechodzenia przez ulicę.
W normalnych okolicznościach takie wykroczenia kończą się pouczeniem albo mandatem. Tymczasem sprawa trafiła do sądu, a policja - jak wynika z pisma - miała „znaczne trudności” z przesłuchaniem dziennikarza, więc… z przesłuchania zrezygnowała.

Mecenas Wdowczyk nie ukrywa, że cała sytuacja wygląda groteskowo.
Zobaczymy, co będzie dalej. Czy Policja naprawdę zamierza ścigać każdego, kto wszedł na jezdnię? A może redaktor Rachoń jest szczególny? Ma jakieś względy Policji? Bo idąc tą logiką, wniosków o ukaranie powinno być kilkanaście
- zauważa. Na koniec dorzuca jeszcze jedną szpilę:
Myślę, że major z Pomarańczowej Alternatywy pozazdrościłby im pomysłu.


