Brzmi jak żart, ale nim nie jest. Komenda Stołeczna Policji skierowała do sądu wniosek o ukaranie Michała Rachonia za to, że - dosłownie - biegł za policyjnym radiowozem odwożącym Zbigniewa Ziobrę na przesłuchanie. W piśmie zarzucono mu chodzenie po jezdni i korzystanie z telefonu podczas przechodzenia przez ulicę.
W Polsce można dostać mandat za wiele rzeczy, ale to, co spotkało Michała Rachonia, przechodzi do specjalnej kategorii. Dziennikarz TV Republika ma stanąć przed sądem, bo… biegł za policyjnym samochodem, który odwoził Zbigniewa Ziobrę na przesłuchanie przed komisją śledczą. Tak wynika z oficjalnego pisma podpisanego przez podkomisarz Angelikę Kuchtę z Wydziału Ruchu Drogowego KSP.
Cała historia zaczęła się 31 stycznia 2025 roku przy Al. Solidarności 79 w Warszawie. Rachoń relacjonował na żywo moment, w którym były minister sprawiedliwości opuszczał siedzibę TV Republika i wsiadał do policyjnego radiowozu. Dziennikarz - jak to dziennikarz - ruszył za samochodem, nagrywając wszystko telefonem.
I tu zaczyna się „poważna sprawa”. Policja zarzuca mu dwa wykroczenia:
- chodzenie po jezdni, mimo że obok był chodnik,
- korzystanie z telefonu podczas przechodzenia przez ulicę.

Oba czyny zakwalifikowano z art. 97 Kodeksu wykroczeń. To ten sam przepis, który obejmuje wszystko: od złego parkowania po jazdę hulajnogą po chodniku. Teraz jednak ma posłużyć do rozliczenia dziennikarza, który… biegł za radiowozem.
W piśmie czytamy, że Policja „odstąpiła od przesłuchania” Rachonia, bo „dokonywanie tej czynności połączone było ze znacznymi trudnościami”. Innymi słowy - nie udało się go złapać na przesłuchanie, więc sprawa idzie prosto do sądu.
A tam Rachoniowi grozi - uwaga - grzywna do 3000 zł albo nagana. Czyli formalne „proszę tak nie robić”. Czy policja w Polsce już na dobre oszalała?
Do tematu wrócimy.


