To, co rząd nazywał straszeniem Polek, wydarzyło się naprawdę. W Leżajsku kobieta urodziła dziecko na SOR‑ze, bo porodówka została zamknięta. Poród odebrała położna dyżurująca na ratunkowym. Matka i dziecko żyją tylko dlatego, że zdążyli w ostatniej chwili.
Rządzący zapewniali, że porody na SOR‑ach to „fake news”, „straszenie kobiet” i „polityczna histeria”. Tymczasem w nocy, w Leżajsku wydarzyło się dokładnie to, czego rząd obiecywał, że nigdy nie zobaczymy.
Kobieta w zaawansowanej akcji porodowej trafiła na Szpitalny Oddział Ratunkowy, bo lokalny oddział ginekologiczno‑położniczy został zamknięty z końcem 2025 roku.
Karetka przywiozła rodzącą około godziny 3:00. Poród postępował tak szybko, że nie było szans na transport do Rzeszowa czy Łańcuta. O 4:00 na SOR‑ze przyszła na świat zdrowa dziewczynka ważąca 3,7 kg. Położna, która pełniła nocny dyżur, odebrała poród na miejscu. Matka i dziecko zostały później przewiezione do Pro‑Familii w Rzeszowie.
Dyrektor szpitala, Jerzy Jama, potwierdził, że oddział położniczy został zamknięty, ale pozostawiono jedną salę porodową i dyżury położnych „na wszelki wypadek”.
Ten „wypadek” wydarzył się szybciej, niż ktokolwiek przewidywał. Co więcej - dyrekcja przyznała, że dyspozytor mógł skierować karetkę do innego szpitala, ale poród był już tak zaawansowany, że kobieta i tak nie zdążyłaby dojechać!
Wiceminister zdrowia tłumaczy, że porody na SOR‑ach mają być „incydentalne”, a nowe przepisy przewidują „pokoje narodzin” w miejscach, gdzie porodówki zamknięto.
Ale fakty są nieubłagane, porodówki w Polsce znikają jedna po drugiej, a Leżajsk jest tylko jednym z wielu przykładów. Do czego działania rządu prowadzą?
Premier Donald Tusk
Pałac Château Des Alpilles we francuskiej Prowansji


