Nie rozwiódł się, nie zmienił partnerki, nie przeszedł kryzysu duchowego. Krzysztof Skiba po prostu uznał, że jeden ślub to za mało, więc zrobił sobie wersję premium, w pakiecie z palmami, bębnami i piaskiem między palcami u stóp.
Ceremonia odbyła się na Malediwach, na wyspie Helengeli, gdzie Skiba i jego żona Karolina powiedzieli sobie „tak” po raz drugi, tym razem w lokalnym obrzędzie, przy akompaniamencie bębnów beru. Całość wyglądała jak połączenie folderu biura podróży z odcinkiem reality show o celebrytach, którzy nie mogą żyć bez fleszy, nawet kiedy biorą ślub… z tą samą osobą.
Skiba oczywiście zadbał o to, by wszystko trafiło do internetu, bo co to za ślub, jeśli nie ma relacji na socialach. W końcu w dzisiejszych czasach ceremonia bez Instagrama to jak wesele bez disco polo: niby można, ale po co.
Internauci nie zawiedli, nie gryźli się w język:
Ślub w obrzędzie malediwskim? Przecież to jest jedna z atrakcji turystycznych dla znudzonych europejczyków, bez żadnej mocy prawnej. W hotelach są cenniki, można wykupić "pakiet ślubny". Jak na 60-letniego chłopa to jest jednak wyjątkowy pajac.
Ubrał się jakby szedł po fajki do żabki.
Jego ubiór pokazuje jaki ma szacunek do kobiety, którą poślubia.
To tylko niektóre z komentarzy. Jeśli tak dalej pójdzie, to za rok zobaczymy ślub w stylu hawajskim, potem w stylu Bollywood, a na koniec finałowy odcinek: „Ślub w kosmosie, tylko na Skibowym YouTubie”.


