Olga Tokarczuk była jedną z prelegentek na imprezie Impact w Poznaniu. Właśnie tam powiedziała o wykorzystywaniu przez autorów sztucznej inteligencji do pisania książek. Na reakcję środowiska, ale przede wszystkim internautów nie trzeba było długo czekać. Teraz noblistka się tłumaczy.
W Poznaniu Tokarczuk mówiła o zmianach, jakie zachodzą w świecie kultury, które dotykają także pisarzy. W pewnym momencie wspomniała o wykorzystywaniu sztucznej inteligencji do pisania książek.
Jej wypowiedź wywołała ogromną falę komentarzy. Głównie krytycznych. Czytelnicy zarzucili jej hipokryzję i nie szczędzili krytyki. Wielu nie kryło zdziwienia. Teraz noblistka postanowiła się wytłumaczyć. Wydała nawet oświadczenie, w którym twierdzi, że ludzie ją źle zrozumieli.
Korzystam ze sztucznej inteligencji na takich samych zasadach, jak większość ludzi na świecie – traktuję ją jako narzędzie, pozwalające szybciej dokumentować i sprawdzać fakty. Zawsze, kiedy z tego narzędzia korzystam, dodatkowo weryfikuję informacje. Tak samo, jak robiłam to przez kilkadziesiąt lat czytając książki i szperając w bibliotekach i archiwach
- napisała. Dodała też, że żaden z tekstów nie powstał przy użyciu AI.
Również powieść, która ukaże się jesienią tego roku, nie powstała przy pomocy sztucznej inteligencji – nie licząc używania jej jako narzędzia szybszej kwerendy. Czasem inspiruję się snami, ale zanim i to zdanie zostanie osaczone i zagryzione przez ekspertów, spieszę donieść, że są to moje własne sny
- stwierdziła. Problem w tym, że jej tłumaczenia nie uspokoiły nastrojów. W komentarzach pojawiły się głosy, że noblistka „kręci”, „wycofuje się rakiem” i „próbuje ratować wizerunek”. A jakie jest Wasze zdanie? Wierzycie Oldze Tokarczuk?


