Aug 25, 2026 5:00 PM

„Despite rzeczywistych osiągnięć”. „Fatigue konsumencka”. „Guardianka”. Gdyby to były żarty z kabaretu, można by się pośmiać. Problem w tym, że to autentyczne fragmenty oficjalnego, rządowego raportu za prawie 200 tysięcy złotych. Afera wokół Barbary Mróz-Gorgoń ujawniła coś więcej niż tylko podejrzenia o wykorzystanie AI, a mianowicie pokazała, jak głęboko angielszczyzna wżarła się już w język, którym na co dzień posługują się eksperci, urzędnicy i politycy.

Kiedy w sieci zaczęły krążyć fragmenty raportu „Polaków portret własny”, przygotowanego pod kierownictwem Barbary Mróz-Gorgoń za pieniądze Ministerstwa Sportu i Turystyki, internauci najpierw śmiali się z błędów rzeczowych, m.in., z Katowic leżących rzekomo w „północnym centrum” Polski czy pięciorga noblistów zamiast ośmiorga. Szybko okazało się jednak, że równie kuriozalna jak fakty jest sama warstwa językowa dokumentu.

Kolekcja anglicyzmów, które zawstydziłyby niejednego korpoludka

Dziennikarze i internauci, przeczesując 26 stron dokumentu, znaleźli w nim istny zbiór językowych potworków. Oto tylko niektóre z nich:

• „w erze fatigue konsumenckiej” – zamiast po prostu „zmęczenia konsumentów”;

• „archetyp opiekunki i guardianki” – w miejscu dobrze znanego polskiego słowa „strażniczka”;

• „w dobie instabilności politycznej” – zamiast „niestabilności”;

• „Polska ma głębokie zakorzenienie w historii sufferingu” – gdzie polskie „cierpienie” nagle ustąpiło miejsca angielskiemu słowu wrzuconemu w środek zdania;

• a w jednym z najbardziej cytowanych fragmentów całość brzmi tak: „HIPOTEZA PSYCHOLOGICZNA: To wskazuje na SYNDROM IMPOSTORA na POZIOMIE NARODOWYM – Despite RZECZYWISTYCH OSIĄGNIĘĆ, BRAK WEWNĘTRZNEGO PRZEKONANIA o SWOJEJ WARTOŚCI”.

Jak zauważył ekspert Instytutu Sobieskiego Sebastian Meitz, który jako pierwszy nagłośnił sprawę, całość napisana jest właściwie w swoistym „polglishu” albo „ponglish”, czyli hybrydowym języku będącym połączeniem polskiego z angielskim, w którym trudno się połapać, gdzie kończy się jedna mowa, a zaczyna druga. Sama autorka na antenie Polsat News, tłumacząc się z powstałej afery, określiła zresztą swój dokument mianem „work in progress”, co samo w sobie stało się jednym z bardziej ironicznych momentów całej sprawy.

To nie przypadek, tylko szerszy nawyk

Cała afera trafiła w czuły punkt, bo pokazała coś, co wielu Polaków podejrzewało od dawna: że w gabinetach eksperckich, korporacyjnych prezentacjach i oficjalnych dokumentach coraz częściej posługujemy się słownictwem, które ma brzmieć nowocześnie i profesjonalnie, ale w praktyce po prostu utrudnia zrozumienie tekstu. Wielu czytelników przyznaje wprost: regularnie kiwają głową na spotkaniach czy podczas lektury podobnych dokumentów, słysząc kolejne angielskie zwroty, których tak naprawdę nie rozumieją, żeby nie wyjść na osoby „niedzisiejsze”, zaściankowe czy po prostu niedoinformowane.

A przy okazji – BlaskOnline już to opisywał

Ironii całej sytuacji dodaje fakt, że niemal równolegle w sieci huczało od komentarzy pod adresem posłanki Koalicji Obywatelskiej Aleksandry Uznańskiej-Wiśniewskiej, absolwentki London School of Economics i Oxfordu. To ona jeszcze niedawno oceniała w rozmowie z Onetem poziom angielskiego prezydenta Karola Nawrockiego, sugerując, że głowa państwa powinna wykształcić „najwyższe kompetencje językowe” przydatne na arenie międzynarodowej.

Jak zauważaliśmy na łamach BlaskOnline już jesienią zeszłego roku, ironia tej sytuacji jest podwójna, bo krytykując cudzy angielski, posłanka sama regularnie gubi się we własnej, polskiej składni. W tej samej wypowiedzi dla Onetu, w której oceniała kompetencje językowe prezydenta, padło zdanie: „Dlatego bo, uważam że… pan prezydent wydaje mi się że posługuje się językiem komunikatywnym w języku angielskim” – konstrukcja, przy której trudno się połapać, gdzie zaczyna się, a gdzie kończy myśl. Nie umknęło to uwadze internautów ani komentatorów. Poseł PiS Paweł Jabłoński skwitował całą sprawę krótko: „czas to wreszcie powiedzieć: ona powinna w końcu nauczyć się mówić po polsku”. Nawet przychylnie do niej nastawieni komentatorzy, jak były ambasador RP Marek Magierowski, nie omieszkali wypunktować błędów w jej własnych wypowiedziach.

Sama posłanka nie odniosła się jak dotąd do najnowszej fali porównań jej stylu wypowiedzi ze sprawą raportu Mróz-Gorgoń.

Puryzm językowy wraca do łask

Cała ta historia, choć zaczęła się od pojedynczego, kuriozalnego raportu, rozpętała znacznie szerszą dyskusję o kondycji współczesnej polszczyzny. Bo skoro dokument przygotowywany przez profesor doktor habilitowaną, na zlecenie rządu, za pieniądze podatników, może być tak przesiąknięty niepotrzebnymi anglicyzmami, to może faktycznie mamy w Polsce do czynienia z czymś więcej niż jednostkowym niedopatrzeniem. Może to sygnał, że warto zacząć się zastanawiać, kiedy „granica” zamienia się w „boundary”, a „wgląd” w „insight” i czy zawsze tak musi.

Comments
anonymous profile image
Powered by RoundtableBuilt on infrastructure designed for real-time media. Learn more at RTB.io.© Roundtable 2026. By using this site you agree to the Terms of Use and Privacy Policy