Joanna Racewicz opublikowała emocjonalny wpis, w którym skrytykowała sposób obchodzenia godziny „W” 1 sierpnia w centrum Warszawy. W jej ocenie atmosfera, która zaczyna się od podniosłej ciszy, szybko zamienia się w „krzyki o chwale, dym i ryk”. Celebrytce, nomen omen, Racewicz przeszkadzają race, które pojawiają się tam zawsze i robią specyficzną oprawę wydarzenia. Internauci przypominają, że dokładnie tak wygląda to od lat.
Od dekady oprawę na rondzie Dmowskiego organizuje środowisko Roberta Bąkiewicza: tłum ludzi, syreny, flagi, race, przemówienie.

Rok w rok ten sam scenariusz, znany każdemu, kto choć raz był w centrum o 17:00. Dla tysięcy Warszawiaków to ważny, emocjonalny rytuał, moment wspólnoty i hołdu dla Powstańców.
Dlatego wielu odebrało słowa Racewicz jako zgrzyt wobec ludzi, którzy przychodzą tam z autentycznej potrzeby serca.
W komentarzach przewija się myśl: jeśli komuś nie odpowiada ta forma, zawsze może zostać w domu, choćby z różowym orłem, który stał się znakiem jej własnych, bardziej performatywnych obchodów.
W praktyce mamy więc klasyczny internetowy zderzak: z jednej strony osobiste odczucia Racewicz, z drugiej wieloletnia tradycja, którą warszawiacy traktują jak swój sposób pamięci.
A dyskusja, jak co roku, rozgrzała się szybciej niż race na rondzie.
Joanna Racewicz
Dziennikarka wzięła symboliczny ślub sama ze sobą


