Wojciech Tochman, reporter, pisarz, nazwisko od lat kojarzone ze środowiskiem „Gazety Wyborczej”, opublikował komentarz, który wielu osobom otworzył szerzej oczy. Nie dlatego, że był kontrowersyjny sam w sobie, ale dlatego, że padł właśnie od niego. Człowieka, który przez lata funkcjonował w tym samym obozie ideowym, co Donald Tusk i jego polityczne zaplecze. Tym bardziej zaskakuje ton, w jakim zwrócił się do premiera.
Cała sytuacja zaczęła się od głośnego nagrania ukraińskiego influensera, który wjechał samochodem na drogę prowadzącą do Morskiego Oka. W sieci zawrzało, a Donald Tusk zareagował natychmiast, pisząc:
„Rajd ukraińskiego kierowcy na drodze do Morskiego Oka budzi zrozumiałe oburzenie. Zwróciłem się do MSWiA o pilne ustalenie wszystkich szczegółów tego zdarzenia i wyciągnięcie surowych konsekwencji.”

Wkrótce potem minister spraw wewnętrznych zapowiedział pięcioletni zakaz wjazdu do Polski dla kierowcy. I właśnie w tym momencie Tochman zabrał głos.
Jego wpis zaczyna się od słów, które trudno zignorować:
„Co się dzieje z premierem Donaldem Tuskiem? Co ten człowiek wypisuje? To jest obrzydliwe i niebezpieczne.”
Reporter sugeruje, że decyzja o zakazie wjazdu została podjęta bez udziału sądu, wyłącznie na podstawie politycznej reakcji. I wtedy pada zdanie, które najmocniej wybrzmiało w całej wypowiedzi:
„Decyzja jego ministra (…) pokazuje, że naszym demokratom coraz bliżej do Orbána.”

Porównanie Tuska do Viktora Orbána, czyli symbolu twardej, scentralizowanej władzy i decyzji podejmowanych ponad procedurami, brzmi szczególnie mocno, gdy wypowiada je ktoś, kto przez lata był utożsamiany z liberalnym środowiskiem medialnym. To właśnie ten kontrast sprawia, że wpis Tochmana tak przyciąga uwagę. Nie jest to głos „z drugiej strony barykady”, tylko komentarz kogoś, kto przez lata stał bardzo blisko tego samego obozu.
Tochman nie rozwija swojej myśli w długie analizy. Jego wpis jest krótki, emocjonalny, ale celny. Uderza w moment, w którym społeczeństwo jest wyjątkowo wyczulone na styl rządzenia i granice władzy. A sprawa ukraińskiego influensera stała się pretekstem do dużo szerszej rozmowy o tym, jak szybko politycy reagują, jak łatwo sięgają po środki represyjne i gdzie kończy się reakcja, a zaczyna pokaz siły.


