Ukrainiec, który wjechał pod samo Morskie Oko, najpierw triumfalnie publikował nagrania, chwalił się swoim „wyczynem” i mówił, że jest „pierwszym człowiekiem, który tam wjechał autem”. Gdy sprawą zajęła się policja, nagle twierdził, że „zawrócił przed zakazem”, że „nie minął szlabanu”, a cała sytuacja to zwykłe nieporozumienie. Problem w tym, że jego własne filmiki pokazały coś zupełnie innego. A kiedy MSWiA ogłosiło 5‑letni zakaz wjazdu do Polski, kierowca… obudził się. I to z „ręką w nocniku”.
„Nie można mnie deportować”, „jechałem według nawigacji”, „szlaban był podniesiony” — nagła zmiana tonu#
W nagraniu ze Lwowa kierowca mówi już zupełnie innym głosem. Padają cytaty, które dziś obiegają internet:
„Jechałem według nawigacji, która doprowadziła mnie na miejsce.”
„Szlaban był podniesiony, więc go nie zauważyłem.”
„Nie spotkałem żadnych służb, żadnych pracowników parku.”
„Biorę odpowiedzialność, to moja wina.”
„Nie można mnie deportować, bo już wróciłem do Ukrainy.”
Jeszcze kilka dni temu był dumny, pewny siebie i przekonany, że zrobił coś zabawnego. Dziś, już po decyzji o zakazie wjazdu, tłumaczy się, przeprasza i próbuje odwrócić kota ogonem.
W komentarzach przewija się jedna myśl: gdyby nie kara, nie byłoby żadnych przeprosin.
Najpierw była chęć zdobycia rozgłosu. Potem próba wybielenia się przed policją. A teraz desperacka próba ratowania wizerunku.
I tak, drogi kierowco, cieszymy się, że nas czytasz, bo wygląda na to, że polskie media dotarły do Ciebie szybciej niż świadomość, że Tatrzański Park Narodowy to nie tor wyścigowy.

Chciał zostać sławny. Został — ale raczej pozostanie w niesławie#
Wszystko wskazuje na to, że cała akcja miała być viralem, popisem, próbą zdobycia zasięgów. I udało się, tylko nie tak, jak planował.
Zamiast „pierwszego człowieka, który wjechał nad Morskie Oko”, zostanie zapamiętany jako ktoś, kto złamał przepisy, okłamał policję, a potem próbował zrzucić winę na nawigację i podniesiony szlaban.
Sława przyszła szybko. Ale niesława zostanie na długo.


