Po latach od jednego z głośniejszych konfliktów w polskim show-biznesie pojawia się coś, czego mało kto się spodziewał – skrucha. Doda wraca wspomnieniami do spięcia z Justyną Steczkowską i przyznaje, że dopiero z perspektywy czasu zobaczyła tę historię inaczej.
W świecie, gdzie emocje często wygrywają z rozwagą, a kamery tylko podkręcają napięcie, łatwo o słowa, które zostają na lata. Program Gwiazdy tańczą na lodzie był nie tylko widowiskiem, ale też sceną dla starcia silnych osobowości. Jedną z nich była Doda – bezkompromisowa, ostra w komentarzach, nieprzewidywalna.
Dziś mówi o tym inaczej.
„Też mi się jej szkoda zrobiła, jak to obejrzałam”
— przyznaje w rozmowie z Wirtualną Polską, nawiązując do wypowiedzi Steczkowskiej z dokumentu.
„My się pogodziłyśmy, jesteśmy już dawno po i już wcześniej o tym gadałyśmy”.
To zdanie brzmi jak zamknięcie rozdziału, który kiedyś rozgrzewał media do czerwoności. Ale najciekawsze kryje się między wierszami.
Doda nie ucieka od odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie — próbuje ją nazwać.
„Tak, chyba tak”
— odpowiada, zapytana wprost o przeprosiny.
„Przed koncertem ‘Artyści Przeciw Nienawiści’ dopadłam ją gdzieś na bekstejdżu”.
W dalszej części rozmowy artystka sięga głębiej, do emocji, które wtedy nią rządziły.
„Wydaje mi się, że ona dostała rykoszetem przez Edytę trochę”
— tłumaczy.
„Nie byłam wtedy tak zahartowana. To mnie strasznie bolało… że to takie wielkie ikony”.
To już nie jest narracja o konflikcie, ale o młodej dziewczynie wrzuconej w świat wielkich nazwisk i jeszcze większych oczekiwań. Presja, ambicja i potrzeba obrony własnego miejsca zrobiły swoje.
Najmocniejsze słowa padają jednak na końcu.
„Myślę, że w tym ogniu walki tej młodej dziewczyny… za bardzo włożyłam tę winę na Justynę. Dostała mocno”.


