Uwielbiał wcisnąć gaz do dechy i to się w końcu na nim zemściło. Poseł Łukasz Mejza, znany z upodobania do szybkiej jazdy, właśnie stracił prawo jazdy. Powód? Punktów karnych uzbierał tyle, że starczyłoby na kilku kierowców naraz.
220 punktów, limit 24 – matematyka nieubłagana#
Jak podało RMF FM, a potwierdziło potem samo Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, prezydent miasta Zielona Góra odebrał posłowi prawo jazdy z końcem sierpnia. Powód jest prozaiczny: przekroczony limit punktów karnych. Przypomnijmy, że limit w Polsce wynosi 24. Mejza, po zsumowaniu wszystkich swoich drogowych wyczynów, uzbierał ich ponad 220. Dla porównania: to tak, jakby ktoś zaliczył limit punktów niemal dziesięciokrotnie.

Wśród przewinień nie brakuje klasyków: jazda 200 km/h w miejscu, gdzie wolno 120 (na trasie S3 pod Polkowicami), czterokrotne korzystanie z telefonu za kierownicą złapane przez fotoradary i cała seria innych przekroczeń prędkości. W sumie policja i Główny Inspektorat Transportu Drogowego naliczyli 21 wykroczeń drogowych i mandaty na ponad 18 tysięcy złotych.
Bolid? Nawet w oświadczeniu majątkowym go nie ma#
A skoro już przy motoryzacji jesteśmy, to czym właściwie pędził poseł, ustanawiając swój osobisty rekord na liczniku? Jak ustalili dziennikarze, za kierownicą feralnego BMW, które rozpędził do 200 km/h. Jest jednak pewien szkopuł: w najnowszym oświadczeniu majątkowym Mejza nie wykazał żadnego samochodu o wartości przekraczającej 10 tysięcy złotych. Ostatni raz auto zadeklarował w 2022 roku. Innymi słowy, formalnie poseł jeździ jak Kubica, a na papierze nie ma nawet porządnego roweru.
Zasłaniał się immunitetem, dopóki się dało#
Poseł pod koniec marca 2026, formalnie zrzekł się immunitetu, tłumacząc, że nie zamierza chować się za przywilejami. W międzyczasie, jak ustalili dziennikarze, dalej jeździł i dalej zbierał kolejne wykroczenia, w tym kolejne przekroczenie prędkości na tej samej trasie S3, tym razem „tylko” 150 km/h.
Mimo tego opóźnionego entuzjazmu, warto docenić gest sam w sobie, ponieważ nie każdy poseł, mając w ręku tak wygodną kartę jak immunitet, decyduje się w końcu oddać sprawę w ręce wymiaru sprawiedliwości i publicznie przeprosić, zamiast do końca kadencji chować się za nietykalnością.

A jak z odwagą cywilną u reszty klasy politycznej?#
Po stronie dzisiejszej koalicji rządzącej najlepszym przykładem jest Robert Dowhan, dziś poseł Koalicji Obywatelskiej. Jeszcze jako senator, w 2016 roku, musiał zrzec się immunitetu, by zapłacić mandat za przekroczenie prędkości zarejestrowane przez fotoradar. Ironia losu chce, że dziś to właśnie on jest jednym z głośniejszych krytyków fotoradarów w Sejmie, przekonując, że karanie kierowców za „parę kilometrów więcej” to marnowanie pieniędzy i był jedynym posłem KO, który głosował przeciwko zaostrzeniu przepisów pozwalających łatwiej odbierać prawo jazdy piratom drogowym.
Drugi przykład to Łukasz Tusk z PO, który w 2014 roku, przyłapany przez fotoradar na przekroczeniu prędkości, nie od razu przyjął konsekwencje. Na posiedzeniu sejmowej komisji regulaminowej kwestionował legalność samego urządzenia pomiarowego, sugerując brak aktualnej homologacji. Dopiero gdy przedstawiciel straży miejskiej dostarczył dowód, że fotoradar był sprawny i homologowany, poseł zapowiedział zrzeczenie się immunitetu.
Do tego dochodzi jeszcze cała lista przykładów z przeszłości, ponieważ w poprzednich kadencjach Sejmu (2015-2019) o uchylenie immunitetu za wykroczenia drogowe wnioskowano aż 17 razy, m.in. wobec Jacka Tomczaka, Krzysztofa Jurgiela czy Ryszarda Terleckiego. Jeszcze wcześniej, w 2013 roku, aż 50 z 70 wniosków o uchylenie immunitetu w ogóle dotyczyło właśnie wykroczeń na drodze.
Wygląda więc na to, że gdy przychodzi co do czego, politycy różnych opcji najpierw odruchowo sięgają po immunitet i kwestionują winę, a dopiero pod presją opinii publicznej znajdują w sobie odwagę, by z niego zrezygnować. Przynajmniej w tym jednym pozostają zgodni ponad podziałami.


