Znany dziennikarz śledczy Leszek Kraskowski, który od lat opisuje kulisy spraw związanych z Romanem Giertychem, trafił do aresztu na trzy miesiące. W sieci od razu pojawiło się pytanie, czy jego ostatnie publikacje mogły komuś nadepnąć na odcisk.
Prokuratura zarzuca mu nielegalne posiadanie broni i grożenie komendantowi policji. Ale to tylko jedna strona historii. Druga, dużo bardziej chaotyczna, pojawiła się w relacji samego Kraskowskiego. Twierdzi, że policja „polowała” na niego przez pomyłkę sądu, który miał wystawić błędny nakaz. Jak mówi, cała sytuacja była tak absurdalna, że „nawet własne dzieci mu nie wierzą”.

Kraskowski od miesięcy ostro komentował działania Giertycha i wracał do wątków z afery Polnordu. To dlatego część komentatorów zastanawia się, czy jego zatrzymanie to tylko kwestia zarzutów, czy może efekt napięć wokół wcześniejszych publikacji.
Prokuratura zarzuca mu ujawnienie materiałów z postępowania przygotowawczego. Sąd uznał, że istnieje „obawa matactwa”, dlatego zdecydował o zastosowaniu aresztu tymczasowego. To środek, po który sięga się rzadko i właśnie dlatego ta decyzja wywołała tyle emocji.

Kraskowski pracował wcześniej m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Dzienniku”, „Newsweeku” i „Wprost”. Jego teksty potrafiły wywołać polityczne trzęsienia ziemi, dlatego wiele osób zastanawia się, czy obecna sprawa dotyczy wyłącznie zarzutów, czy może czegoś więcej.
Na razie nie ujawniono żadnych szczegółów dotyczących materiałów, które miały zostać przekazane osobom trzecim. Adwokaci mówią o „niewspółmiernym środku zapobiegawczym”, a środowisko dziennikarskie o „niebezpiecznym sygnale dla wolności mediów”.


